Patrząc z perspektywy własnej osoby, nie lubię gdy ktoś pcha się w moje życie, zagląda przez płot, doradza niepytany, czy komentuje mój sposób na życie zwłaszcza za plecami. Chcąc chronić swoje ja, mam dość dużą ściankę ochronną wokół mojej strefy komfortu. Teraz przechodząc do strefy komfortu współobcujących wokół niej, staram się nie wchodzić w życie sąsiadów. Nie interesuje mnie za bardzo Marysia, Stasia, Tadeusz czy Hieronim z sąsiedztwa. Żyją jak im się podoba i staram się nie wchodzić im w drogę i liczę, że ich z moją też się nie skrzyżuje. Nie wnikam jakie mają powiązania związkowe on - ona, ona - on, on - on, ona - ona, ona - oni, on - one, byle im się dobrze działo. I tak mniej więcej wygląda mój mały lokalny świat. Świat ten się rozrasta do pracy, wioski, powiatu itd. Dobrze by mi było, żeby ta perspektywa trwała przynajmniej przez najbliższe kilkadziesiąt lat bo liczę, że tyle pociągnę. Czasem włącza mi się odklejka i zaczynam filozofować jakby było cudownie gdybym miała, albo gdybym mogła... ale szybko wracam do normy, bo mam możliwości sporo zmienić w swoim życiu, tylko niekoniecznie mi się chce. Jakbym jednak chciała to droga otwarta, niewiele jest ograniczeń, kwestia zacząć działać.
I teraz do czego ja w ogóle zmierzam, a no do tego, że mamy czas wyborów prezydenckich, jutro 1 strzał i za kilkanaście dni zapewne kolejny. Jak słyszę, że ktoś nie idzie bo nie ma na kogo głosować, a i tak mu się nic nie zmieni, to nie dyskutuję tylko swoje myślę. Bo może właśnie będzie sukcesem jak się nic nie zmieni, jak nadal będzie w miarę stabilnie i w miarę bezpiecznie, jak nadal będzie można powiedzieć, że nie idę na wybory bo nie muszę bo mam takie prawo, a nie obowiązek, że w ogóle są wybory.
Myślę, że warto jednak pamiętać, że prawo wolnych wyborów wbrew pozorom mamy od niedawna i z perspektywy czasu i sytuacji u niektórych naszych sąsiadów warto pamiętać, że prawo takie się miewa, a nie ma. I może jednak warto iść i z niego skorzystać. I błędnym jest myślenie, że nie ma na kogo głosować, akurat mamy to szczęście, że wybór jest spory i każdy kogoś dla siebie znajdzie. A opcja ja nie idę wiąże się z tym, że przez kolejne 5 lat zupa może być niekoniecznie jadalna, bo sąsad naleje ci taką, którą akurat on lubi, a twoje podniebienie niekoniecznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz